Opowieść Nahari – Pojedynek

lis
17

Po raz pierwszy publikujemy fragment opowiadania, dziejącego się w świecie Armii Apokalipsy. To część większej całości – jeśli zainteresowała Was historia Nahari, piszcie – być może na blogu pojawi się więcej tekstów na jej temat!

Pojedynek

Uspokoiła oddech po raz trzeci, tym razem skutecznie. Oddychała miarowo, do jej wyczulonych zmysłów docierały informacje o otoczeniu, ważnych punktach, które mogły przydać się w walce, analizowała swoje ciało, sprawność każdego mięśnia i organu. Była gotowa, a każda jej cząstka drżała z niecierpliwości, aby dobyć miecza i rozpocząć morderczy taniec. Nahari jednak czekała. Każda sekunda była torturą.

Powiew wiatru musnął jej policzek, poruszył kosmykiem białych włosów, które przez chwilę przesłoniły twarz. Nie był jednak w stanie zachwiać jej równowagi. Stała na cienkiej, metalowej sztabie, stanowiącej część wysokiego dźwigu. Na drugim jego końcu widziała sylwetkę swojej przeciwniczki, która nie wydawała się nawet odrobinę skupiona. Miała na uszach słuchawki i kiwała się w rytm piosenki. Jej policzek wypychał od wewnątrz lizak, czarna grzywka zasłaniała oczy. Niedbały, ciemny strój składał się z krótkich spodenek, ukazujących zgrabne nogi, ciężkich butów i skąpej bluzeczki. Na rękach miała zrolowane rękawiczki bez palców, na szyi skórzaną obróżkę. Zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na Nahari. To doprowadzało młodą anielicę do szału.

Nareszcie nadszedł upragniony sygnał. Nahari, niczym rozwinięta sprężyna, skoczyła w kierunku Raguelitki z impetem, który mógłby roznieść ją na strzępy, gdyby tamta nie zniknęła wprost sprzed miecza szarżującej anielicy. Cios, który miał rozpłatać ją na pół, trafił w filar dźwigu, wydając głośne, metaliczne jęknięcie. Raguelitka pojawiła się tuż za plecami Nahari i zaatakowała od razu, bez ostrzeżenia. Wyraz obojętności zniknął jej z twarzy, zastąpiony przez ironiczny uśmieszek. Z jej ręki wystrzelił srebrzysty wąż, który oplótł się wokół kostki Nahai i jednym szarpnięciem powalił ją na ziemię. Mechakielitka błyskawicznie obróciła się na plecy i wymierzyła przeciwniczce mocnego kopniaka w udo, jednocześnie uwalniając nogę z łańcucha. Odbijając się plecami od dźwigu, skoczyła na równe nogi. Obie anielice zmierzyły się wzrokiem.

– Nieźle, jak na Mechakielitkę. – powiedziała czarnowłosa, wyjmując lizaka z ust. Popatrzyła na niego z zastanowieniem, po czym rzuciła go w dół. Leciał długo wzdłuż ściany wysokiego, ale jeszcze nie dokończonego budynku, zanim roztrzaskał się na dole, na ulicy. – Masz jakieś imię?

– Nahari, Erel z Zakonu Mechakiela, Akolitka Zariela. – padło suche zdanie. Nahari starała się nie tracić koncentracji, obserwowała każdy ruch anielicy.

– Ja jestem Ravaya. Możesz mi mówić Rav… – zrobiła krótką pauzę. – Jeśli mnie pokonasz. Bo jeśli nie… to nie mam ochoty więcej z tobą rozmawiać.

Mechakielitka zacisnęła zęby. Nie odezwała się, bo jej Mistrz uczył ją o zaletach trzymania języka za zębami. Rozgniewały ją słowa przeciwniczki, ale wiedziała, że Raguelici cenią jedynie silniejszych od siebie. Zamierzała pokazać tej dziewczynie, gdzie jej miejsce i uczynić Mistrza dumnym z jego Akolitki.

-Nie patrz na mnie tak wściekle, Mechakielitko. Widzę, że najchętniej zjadłabyś mnie żywcem.  Postaram się za bardzo nie obić twojej ślicznej buzi. – uśmiechnęła się kpiąco Ravaya. To wystarczyło, żeby Nahari zapomniała o swoim opanowaniu i wewnętrznym spokoju. Rzuciła się do przodu, kreśląc przed sobą mieczem ósemkę. Ravaya jakby tylko na to czekała, odbiła się mocno i złapała zwinnie linę, zwieszającą się z rusztowania, rozhuśtała ją i przeskoczyła na łańcuch, zakończony potężnym hakiem. Rozbujała go zgrabnym ruchem bioder i skoczyła dalej, na wyższe piętro budynku, które nie doczekało się jeszcze ścian. Nahari rozejrzała się zdezorientowana i w ostatniej chwili uskoczyła przed pędzącym w jej stronę hakiem. Zaklęła w duchu, złapała powracający ruchem wahadłowym łańcuch i wykorzystując jego impet skoczyła za Ravayą. Tamta jednak czekała na nią i posłała młodą anielicę wprost na kolumnę, wspierającą sufit, uderzając energią Młotu Pana. Filar zatrzeszczał, z sufitu posypał się tynk i kawałki betonu. Nahari poderwała się z ziemi, ze startej nogi pociekło kilka kropli krwi, ale nie zwróciła na to uwagi. Relikwia w jej dłoni zabłysła, anielica skierowała się ku przeciwniczce, jakby prowadzona świętą mocą, rozcinając powietrze z sykiem. Raguelitka uskoczyła za kolumnę, ale nie zdołała umknąć przed błyskawicznymi ciosami miecza, rozjarzonego wewnętrznym światłem. Pierwsze uderzenia sparowała łańcuchem, trzymanym w dwóch rękach, ale pękł z brzękiem. Nie pomogła jej seria szybkich uników, Nahari punktowała ją kolejnymi cięciami, zostawiając kilka krwawiących ran na ramieniu, policzku i udzie. W końcu ciemnowłosa anielica salwowała się ucieczką na niższy poziom, zeskakując przez dziurę w podłodze.

Nahari podążyła za nią, wylądowała lekko na betonowej podłodze. Pod ścianami i niedokończonymi przepierzeniami stały przygotowane do montażu okna. Stał tam jej Mistrz, jak zwykle piękny, złotowłosy i poważny. Podszedł do niej i uśmiechnął się.

– Świetnie się spisałaś, Akolitko. Jestem z ciebie dumny, pokonałaś tę Raguelitkę w pięknym stylu. – wysunął rękę, jakby chciał ją pogłaskać. Nahari czuła się w środku rozdarta przez sprzeczne uczucia. Z jednej strony tak bardzo chciała, żeby jego dłoń dotknęła jej policzka, pragnęła poczuć jego ciepło i zadowolenie z niej. Z drugiej jednak strony coś się nie zgadzało, on nigdy nie zachowywał się w ten sposób…

W ostatniej chwili sparowała błyskawiczny cios, który spadł niespodziewanie na jej głowę. Przed nią nie było już Zariela, a jedynie uśmiechnięta wrednie Ravaya, która nacierała raz za razem, korzystając z chwilowej dezorientacji przeciwniczki. Cios w głowę, potem niskie uderzenie w parterze, Narahi potknęła się i upadła, ale w ostatniej chwili uderzyła na oślep mieczem, zmuszając Raguelitkę do cofnięcia się o krok. Przeturlała się w bok, o włos unikając spadającego z dużą siłą łańcucha, podniosła się, ale cios w kolano posłał ją na klęczki. Nahari była w defensywie i zdawała sobie sprawę, że zaczyna przegrywać ten pojedynek.

Rozejrzała się gorączkowo. Mistrz zawsze powtarzał jej, że prawdziwy wojownik potrafi wykorzystać otoczenie, aby uzyskać przewagę. Jej wzrok spoczął na ułożonych w rządku oknach, przygotowanych do zamontowania w pustych wnękach. Unikając kolejnego ciosu skoczyła za jeden z takich stosów. Skupiła w sobie energię, poczuła, jak wypełnia ją wibrująca fala, przekierowała ją do swoich dłoni i kiedy napięcie stawało się już nie do wytrzymania, uwolniła falę Młotu Pana. Szklane tafle wybuchły tysiącem ostrych jak brzytwa kawałków. Lecącej właśnie w jej stronę Raguelitce oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. W ostatniej chwili zasłoniła twarz przed odłamkami, które uderzyły w nią z olbrzymią siłą, przecinając strój i wbijając się w skórę. Krzyknęła, rzucona na ścianę siłą wybuchu, zabarwiając świeżo położony tynk na czerwono. Nahari pozwoliła sobie na uśmiech triumfu. Szala zaczynała przechylać się na jej stronę. Czuła, jak jej wnętrze zaczyna wypełniać gorąca fala gniewu, która dodała jej sił. Szybciej niż myśl doskoczyła do przeciwniczki, trzymając miecz nad głową i zadała potężny cios. Zawadził on tylko o ramię Ravayi, która z trudem usunęła się spod ostrza, odbijając się ręką od podłogi. Rozglądała się gorączkowo za drogą ucieczki, jednak Nahari nie dała jej zbyt wiele czasu do namysłu. Natarła błyskawicznie, nie pozwalając przeciwniczce na odzyskanie równowagi. Raguelitka cofała się, broniąc rozpaczliwie, otrzymując kolejne, dotkliwe ciosy, brocząc krwią z licznych ran. W końcu została zmuszona do cofania się aż na ramię dźwigu, wąskie  i mało stabilne. Nahari ze złością w szarych oczach uderzała mieczem z prawdziwą furią, niepomna na nic. Białe włosy falowały wokół niej, rysy nabrały drapieżności. Na twarzy Ravayi zaczął rysować się strach, zrozumiała, że Machakielitka nie zamierza jej oszczędzić. Raz i drugi straciła równowagę, ostatni fragment łańcucha, którym parowała ciosy, poleciał w dół i grzmotnął głośno w odległy chodnik. Anielica wyczuła stopą pustkę. Nie miała już gdzie się cofać.

Nahari przyłożyła miecz do szyi przeciwniczki. Przez chwilę starała się zapanować nad gniewem,  buzującym w niej jak ogień wulkanu, który ma za chwilę wybuchnąć. Czuła się silna, potężna, wszechmocna. Była ręką samego Mechakiela, mieczem, sprowadzającym sprawiedliwość. Nie mogła się teraz wycofać. Podniosła ostrze do ostatecznego ciosu, ale kiedy miecz szybował w kierunku odsłoniętej piersi Raguelitki, coś zastąpiło mu drogę. Dał się słyszeć głośny, metaliczny szczęk, kiedy dwie Relikwie zderzyły się ze sobą, krzesząc skry. Siła uderzenia była tak  duża, że Nahari zachwiała się, prawie spadając z dźwigu. Mocne ramę podtrzymało ją jednak przed upadkiem.

– Wystarczy. – ostry głos  Zariela wyrwał anielicę z bojowego szału. Natychmiast oprzytomniała i zrozumiała swój błąd. – Ravay’o, przegrałaś z moją Akolitką. Jednak widzę, że masz potencjał. Być może nadasz się do mojej świty. Przemyślę to jeszcze i oznajmię ci swoją decyzję. Możesz odejść.

Raguelitka skłoniła mu się sztywno. Widać było, że rany sprawiają jej ból. Zmierzyła wzrokiem przeciwniczkę. W jej oczach widać było niechętny szacunek do tej, która ją pokonała. Bez słowa obróciła się tyłem, rozwinęła szarobłękitne skrzydła i skoczyła w dół. Zobaczyli jeszcze, jak szybuje w kierunku pobliskiego budynku i ląduje na jego dachu.

Nahari spojrzała na Mistrza skruszona. Wiedziała, że będzie na nią zły za to, że prawie zabiła albo przynajmniej ciężko poraniła innego anioła. Na jego twarzy dostrzegła jednak jedynie smutek, co zabolało znacznie bardziej.

– Prawdziwy wojownik nigdy nie traci zimnej krwi. Gniew jest twoją największą słabością, Nahari. To ty masz go kontrolować, a nie on ciebie. Dopóki tego nie zrozumiesz, nigdy nie staniesz się Mistrzem, jak ja.

– Tak, Mistrzu. – szepnęła, czując łzy w gardle. On jednak nie patrzył na nią, jego wzrok błądził po szarosrebrnych budynkach miasta, rozciągającego się pod nimi.

– Nadchodzi czas próby. Musisz być gotowa, moja Akolitko. – rzekł tylko, po czym skoczył w dół. Wylądował na chodniku, wiele metrów pod nią, wybijając w nim sporej wielkości dziurę. Ludzie rozbiegli się z krzykiem, ale Mechakielita chyba tego nie zauważył. Dalej zamyślony ruszył przed siebie, a śmiertelnicy usuwali mu się z drogi.

 

Zostaw odpowiedź

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree